Zieleń w mieście cz. 3

Ogrody publiczne (o ile nie są już całkiem lub częściowo zabudowane) zmieniają się w zdobne parki dla strojnej publiczności, i nie wystarczają już dla ogromnych mas wielkomiejskiej ludności. Wycieczki w wolną przyrodę stają się coraz trudniejsze; trzeba przejść znaczne przestrzenie, zanim się można wydobyć z gęsto zabudowanego miasta. A to dla klasy robotniczej możliwe chyba w niedzielę i święta; w dni robocze niema rady, tylko trzeba pozostać w mieście.

Ktokolwiek w upalny dzień letni przechodził gęsto zaludnionymi przedmieściami, miał sposobność widzieć, jak najbiedniejsi z biednych, zarabiający zaledwie na chleb powszedni, których nie stać nawet na wycieczki za miasto, oblegają najmniejszy niezabudowany skrawek ziemi, każdy kawałek trawnika, aby wydostać się jakokolwiek z gorących, dusznych i przeludnionych domów i zaczerpnąć choć trochę świeżego powietrza. Szczera litość zdjąć każdego musi na widok biednych dzieci bawiących się na ulicy pełnej kurzu, na rozgrzanym bruku, szczęśliwych gdy mogą pobiegać na kawałku zeschłego trawnika.